Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/015

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tknięte światłem mgły, opary i wybryzgi rozbitych na miazgę drobin wodnych — zadrgały nagle: przeciągły, przejmujący tren.
Szum był jeszcze wciąż bardzo blizki, a te dźwięki szklane i wątłe — dalekie.
Na strome skały Kaukazu padły pierwsze promienie słońca. Kontury szczytów przypominały rozpiętą postać ludzką. Ponad nimi wiatr gnał na północ samotną, czarną chmurę; kształt jej przypominał orła.
Teraz dopiero nacichać począł szum, a równocześnie wzmagała się i wyraźniała melodia, pod której czarem przemieniała się przestrzeń, a czas stawał się posłuszny i przyjazny jak stary, wierny pies.
Zanim zaczęły się wydziwiać te nieprawdopodobności, które kiedyś przed wiekami (a choćby przed dziesiątkami lat, a choćby przed rokiem, przed miesiącem, tygodniem, a choćby przed kilku godzinami — czyż to nie wszystko jedno — ? — ) były tym, co zwykło się zwać rzeczywistością — nastręczyło się zwyczajne i nieponętne wcale, zwłaszcza, że zaraz z jakimś przypomnieniem gazeciarskim połączone niechlujnie, stwierdzenie, że to wcale piękna rzecz ta Grecja! — no, nie dzisiaj; powiedzmy raczej: nie — chociaż przecież i ten król i ten plebiscyt wzorowo terrorystyczny — zawsze to coś jest; skrzyżowanie interesów angielskich i włoskich, i kto będzie nad tym dardanelskim Wschodem panował — itd. — Venizelos umarł, monarchia sprawiła mu pogrzeb z szykanami co się zowie! — laweta, sztandary, strzały armatnie — wszystko w porządku! — Tsaldaris i Kondylis płakali jak dwa rutynowane bobry; tak pisały dzienniki monarchistyczne, a im można wie-