Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/014

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


na międzyplanetarnym mrozie — olbrzymia, w nieskończoność umykająca sirinks: niewieście, sfinksowe twarze — dziewięć rozmglonych piszczał — — zamajaczyła, zadrżała, skruszyła się — w migocie szczerb gwiezdnych zagasła...
Lodowaty wiatr nawiewał z jądra wiecznej nocy bezmiar chmur i oparów; wszystko, co jeszcze było najwątlejszym bodaj istnieniem, pogrążało się i zatapiało w mlecznej, rozwodnionej, sinej ciszy; stąd, nie z dna, bo go nie było, z głębi więc, ledwo przy najwyższym natężeniu słuchu można dosłyszeć cośkolwiek.
Mętna pamięć liczb — liczenie — huk!
Obroty tysięcy tęczowych kół — rozprysk — huk!
Olbrzymia szklana wieża nasycona rudym światłem — chwieje się — nachyla — okręca wokół swojej osi jak człowiek ugodzony kulą w serce — pada — roztrzaskuje w szczerby i żwir — chwila martwej ciszy — a potem — jak trzeci sygnał — huk!
Teraz znów daleki szum (on jednak jest najistotniejszą realnością) zaświadczył o istnieniu.
Szum wzmagał się, rósł, potężniał — aż ogłuszający łoskot spadających mas wodnych wyrywa resztki istnienia z przepaści i rzuca jak rybę głębinową na brzeg posępnego krajobrazu.
Na widnokręgu zarysowuje się coraz wyraźniej pasmo Kaukazu; owe niebotyczne góry, które nie są niczym innym, jak tylko męką ludzką, kamiennym wycierpieniem za tę iskrę zbawczego ognia skradzioną bogom, aby ludziom było jaśniej i cieplej.