Strona:Zbigniew Uniłowski - Pamiętnik morski.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


marzona rodaczka już mi się „przejadła“. Kapitan nie schodzi do stołu, tylko telegrafista już dwa razy otwierał szafkę w naszej kabinie. Podczas kolacji poradziłem panu De, aby sobie drugą brew ogolił albo opalił, bo wygląda nieprzyjemnie. Spojrzał na mnie przenikliwie i zaczął tak ględzić, że już mi się nie chce tego tutaj streszczać. Chciałbym się rozchorować, możeby mnie to nieco rozerwało.


12 lipca

Dzisiaj pozycja słońca na niebie jest taka, że cienie nam poginęły. Ledwie że się plącze pod nogami jakaś mała plama — pokurcz. Obaj z panem De staramy się ten cień wydłużyć i zachowujemy się na dolnym pokładzie dość dziwacznie. Przechylamy się, klękamy, znienacka wyskakujemy z korytarza, ale nic — poza tą pokraką co się pęta u nóg. Inteligentnie się zabawiamy, niema co! W końcu rozchodzimy się z niesmakiem, radzi wogóle nie zobaczyć się nigdy w życiu. Ja poszedłem na przeszpiegi. Kucharze i ste-