Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/244

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


. Przed chałupę wyszedł mały kaboklo i dziwnie nikle i obrzydliwie odcinał się od grupy przy ogniu. Zresztą chłopi poczęli się zrywać z ziemi, jeden zajął się zmywaniem naczyń, inni nakładali kalgiery na bury, siodłali konie, wynosili posłania z noclegu w szopie. Zapłaciłem kaboklowi dwa milreisy za kukurydzę dla mego bura, poczem usadowiłem się w siodle i czekałem aż wszyscy będą gotowi do drogi. Aby uniknąć tego, co się zdarzyło Dąbskiemu, chłopi uwiązywali niespokojniejszym zwierzętom dzwonki u szyi. Wreszcie Sawczukowie wsiedli na konie i cała wyprawa ruchomym sznurem ludzi i zwierząt wcisnęła się w leśną dziedzinę. W chłodnym, orzeźwiającym półmroku, wypoczęte konie rwały się do szybszego biegu, leśna ścieżka napełniła się odgłosami dzwonków, brzęczeń luźno umieszczonych przedmiotów w kalgierach, okrzykami, dudnieniem kopyt, wesołą wrzawą. Bełcik lekko podochocony swoją ranną porcją, wyśpiewywał ochryple nieprzyzwoite teksty rosyjskich piosenek, zawracał koniem, dogadywał, znów pędził naprzód. Już teraz wiedziałem, że ten wesoły pijaczyna stanie się zmorą i udręką Grzeszczeszyna, bo co i raz koniem na niego nacierał, zaglądał w oczy, stroił miny dotyłu i nawet głośno krzyknął coś o karakułach; miało to związek z nierównością lic Grzeszczeszyna. Ale Bełcik powoli przycichł, przycichła także cała tropa; jechało się teraz wolno, teren stał się nierówny, ścieżka gęsto porosła, pełna kryjomych jam, zawalona co kilkaset metrów napół zgniłemi pniami, lub też zarosła wpoprzek takuarą, tak że trzeba było się schylać, aby nie zawadzić szyją o te naturalne szykany. Ranny, orzeźwiający urok dżungli począł zwolna zanikać; z gęstwy wionęło dusznemi waporami, zgnilizną i próchnicą. Siodło uwierało lędźwia i dopiekało. Nad uszami koni unosiły się drobne owady i duże, brunatne bąki cięły żądłami do krwi i tak przylegały do ciała zwierząt, że mazały się pod dłonią krwistą mazią. Jazda stawała się coraz bardziej dokuczliwa. Na przedzie cięli fakonami takuarę i rozhuśtane, ostre