Strona:Z teki Chochlika (Piosnki i żarty).djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Zaledwie się zdrzemię — ni zowąd ni ztąd,
Już nowa rumacja przekształca mi ląd;
I nie mam spokoju ni w dzień, ani w noc;
Jam przecież płaneta, a nie żaden kloc!“


„Raz granit, raz węgiel — nie jeszcze, nie dość,
Znów trias; znów jura. Jak gdyby na złość
Gdy oczy zamróżę chociażby na żart,
Trzask! — wali się wszystko jak dom jaki z kart!

 
„Dalibóg! Sto djabłów wolałabym zjeść!
Tej męki sam anioł nie zdołałby znieść;
Co dzień coś nowego, co dzień się coś rwie,
I taka fuszerka „tworzeniem“ się zwie!

 
„Myślałam dziś rano, że biedzie mój kres;
Patrz: kreda wezbrała, i lias w niej szczezł!
Cóż będzie znów jutro? — Policyi dam znać,
Niech urząd w to wglądnie, by naród mógł spać!“


I lament, i spazmy, i fochy, i łzy,
Aż z łez tych i westchnień rozsnuły się mgły,
Strop nieba się zaćmił, w tumanach skrył świat;
Bez słońca marniało i drzewo i kwiat.