Strona:Z teki Chochlika (Piosnki i żarty).djvu/008

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


więc rodzaj lekkiej kawaleryi, która mi w publicystycznych walkach moich nieraz dobre oddawała usługi! Lekka ta kawalerya staje dziś na magiczny dźwięk rogu mojego wydawcy — tra ra! tra ra! w zwartym szeregu do apelu!
Oczywista rzecz, że wesoła wiara ta, pozbawiona obecnie skutecznej pomocy swych towarzyszy, z którymi niegdyś wspólnie walczyła, nie zawojuje dziś już świata, i nie zdobędzie mi laurowej nagrody. Puszczona samopas bez swej wiernej towarzyszki, piechoty, bez artyleryi strzelającej z dział zasadniczego kalibru, nie przedstawia też ona wcale owych zastępów, które w bój prowadziłem przez lat kilkanaście, biorąc żywy udział w politycznych walkach naszej dzielnicy. Więc też i nie bez pewnego żalu wypuszczam w świat dzisiaj te sieroty, które obecnie z ramek czasu i otoczenia wyjęte, nie posiadają już onej racyi bytu, onego polemicznego uprawnienia, jakie miały niegdyś w chwili pierwszego swego występu; — więc też i ze łzą w oku żegnam tę lekką chorągiew, którą dziś wyprawiam na losu hazardy, a której — ecce dolor! — nie mogę otoczyć troskliwą ojcowskiego serca opieką.
Ale furda! — jak mawiały niegdyś stare wygi: „Subordynacya synku! Oderznij z tyłu, a zakryj przód!“ Ktoby tam płakał, gdy tra ra! tra ra! wesoło dzwoni