Strona:Wolter - Powiastki filozoficzne 01.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w przedsionku pałacu, parę osób, wyglądających na królów i królowe. Mowa ich była bardzo różna od gwary ludu; miarowa, harmonijna i podniosła. Nikt nie spał, słuchano w głębokiej ciszy, przerywanej jedynie oznakami wzruszenia i podziwu. Powinność królów, miłość cnoty, niebezpieczeństwa namiętności odmalowane były w tak żywych i wzruszających rysach, iż Babuk nie mógł się wstrzymać od łez. Był przekonany, że ci bohaterowie i bohaterki, ci króle i królowe, przemawiający tak wzniośle, to są kaznodzieje cesarstwa. Miał zamiar nawet zachęcić Ituriela aby się tam wybrał, pewny iż takie widowisko pojednałoby go na zawsze z miastem.
Po skończeniu uroczystości, Babuk zapragnął ujrzeć główną królowę, która wygłosiła, w tym pięknym pałacu, tak szlachetne i czyste nauki. Kazał się zaprowadzić przed jej majestat; zawiedziono go schodkami na drugie piętro, gdzie, w licho umeblowanym pokoju, ujrzał równie licho odzianą kobietę. Na jego widok, rzekła szlachetnym i patetycznym tonem: „Rzemiosło które uprawiam nie daje mi tyle aby wyżyć; z łaski jednego z książąt których oto widziałeś, zostanę niebawem matką; nie mam pieniędzy na połóg, a bez pieniędzy niema się prawa rodzić“. Babuk dał jej sto złotych daryków, myśląc: „Gdyby tylko tyle było złego w tem mieście, Ituriel nie miałby znów o co tak bardzo się gniewać“.
Stamtąd, udał się do sklepów z przedmiotami bezpożytecznego wykwintu i zbytku. Pewien niegłupi człowiek, z którym zawarł znajomość, służył