Strona:Wolter - Powiastki filozoficzne 01.djvu/237

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Znalazłszy się w swojej izbie, pustelnik i Zadig długo rozpływali się w pochwałach nad gospodarzem. O brzasku, starzec zbudził towarzysza. „Trzeba ruszać, rzekł; ale, póki wszyscy śpią jeszcze, chcę zostawić temu człowiekowi dowód mego szacunku i przywiązania“. Mówiąc te słowa, ujął pochodnię i zażegł ogień. Zadig, przerażony, podnosi krzyk i sili się przeszkodzić w spełnieniu tak ohydnego czynu. Pustelnik, który, wraz ze swym towarzyszem, znalazł się już dosyć daleko, patrzał spokojnie na pożar. „Bogu dzięki, rzekł: dom naszego drogiego gospodarza zniweczony od piwnic do stropu! szczęśliwy człowiek!“ Słysząc te słowa, Zadig miał ochotę to wybuchnąć śmiechem, to obsypać obelgami czcigodnego ojca, to wybić go lub uciec. Ale nie uczynił nic, i, wciąż ujarzmiony powagą pustelnika, udał się z nim na ostatni postój.
Nocleg wypadł im u pewnej miłosiernej i cnotliwej wdowy, która miała siostrzeńca, czternastoletniego chłopca, pełnego zalet i jedyną swą nadzieję. Podjęła ich najgościnniej. Nazajutrz, kazała siostrzeńcowi aby odprowadził podróżnych aż do mostu, który, załamawszy się niedawno, przedstawiał pewne niebezpieczeństwo. Młody człowiek szedł żwawym krokiem przed nimi. Znaleźli się na moście: „Pójdź, rzekł pustelnik do młodzieńca, pragnę okazać wdzięczność twojej ciotce“. Zaczem, chwyta go za włosy i rzuca w rzekę. Dziecko pada, wynurza się na chwilę, wreszcie ginie w odmętach. „O potworze! o najohydniejszy zbrodniarzu na ziemi! wykrzyknął