Strona:Wincenty Rapacki - Król Husytów.djvu/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dał bystro na Zbigniewa, który zdawał się spokojnie oczekiwać czegoś. Wreszcie podał papier — księdzu.
Zbigniew go odczytał i rzekł spokojnie.
— Cóż W. Kr. Mość o tem myślisz?
— Chcę, żebyś tam pojechał i zobaczył.
— Spełnię Wasz rozkaz; kiedy mi W. Kr.Mość udać się każesz?
— Aż się uporamy z poselstwem. Tymczasem wyślijcie listy do wielkiego księcia, aby go uwiadomić o naszym przyjeździe.
Zbigniew się skłonił i odszedł, spotkawszy we drzwiach wchodzącego marszałka, na którego z góry popatrzał.
Marszałek, to opozycya. Sprzyjał Husytom, o ile nienawidził Zbigniewa.
Król uradowany powitał serdecznie pana z Brzezia i kazał mu siąść przy sobie. Kontent był, że ma kogoś, przed kim może się poskarżyć na Zbigniewa.
— Wiesz, co on tu nabroił? Oto nie chce wpuścić posłów czeskich — inaczej grozi interdyktem.
— Ależ to obrazi naród czeski. I Wasza Kr. Mość ustąpił? — No, przeciem nie heretyk. Trzeba, żebyś pojechał do Wolborza i złagodził ich.
— Wasza Kr. Mość zapomniał, że ksiądz