Strona:Wincenty Rapacki - Król Husytów.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Król coś pomruczał i prędzej jeszcze począł się ubierać, parząc się gorącem mlekiem, które mu podał dworzanin.
Proboszcz od św. Floryana przechadzał się szerokim krokiem po izbie, zwanej kancelaryą.Za stołem siedział Żelazna Głowa przy piórze i Lubariski podskarbi przy regestrach.
Ksiądz Zbigniew, jest to mąż, lat trzydziestu kilku — postawny i dorodny, w ciemnych oczach błyszczy mu coś takiego, przed czem ludzie spuszczają oczy i korzą głowy. To geniusz.
Powiadają, że wpływ jego na Jagiełłę ma swój początek od bitwy grunwaldzkiej, kiedy młody Zbiszek, jako rotmistrz, ocalił królowi życie, zabijając na miejscu Dypolda Kiekirycza, komtura krzyżackiego.
Ludzie swoim łokciem zwykli mierzyć czyny wysokich. Zbigniew byłby zawsze Zbigniewem, choćby nie postał pod Grunwaldem.
Jagiełło go nie lubił, bo mu w głąb duszy patrzał, ale szanować go musiał.
Czuł on w tym księdzu największego człowieka swoich czasów i choć nim nieraz gniew szarpał srogi, ustępować mu musiał, a bez jego rady nic nie przedsiębrał.
Drzwi się otwarły i wszedł szybko do komnaty.