Strona:Wincenty Rapacki - Król Husytów.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Te sokoły duńskie, co je pan kasztelan nam przysłał, to nie wielka pociecha.
— Cóż?
— Licho to wie, miłościwy panie. Jakieś chore. Niewiada, czem ich karmić.
— Spytamy się jutro kasztelana. A drzemliwi kobuzy?
— Po staremu, to jedyne nasze ptaki.
— Zapolujemy z niemi.
Pod tenczas już Dobrogost go rozebrał, król się ułożył na niedźwiedziej skórze, pokrytej prześcieradłem, okrył lekką kołdrą, lecz jeszcze nie odprawiał sokolnika. Coś sobie przypomniał.
— Ale! weźmiemy z sobą księcia Zygmunta. Zobaczysz, jak on to ładnie robi wszystko.Możesz odejść.
Dobrogost postawił przy łóżku dzban wody świeżej, której król napić się lubił w nocy po przebudzeniu. Zapalił lampę u sufitu, pogasił świece, a widząc, że król się na bok odwrócił, po cichu wyniósł się do przyległego alkierza.
O czem myślał stary Jagiełło?
Myślał o młodej żonce, czwartej z kolei, z którą go swatał Witold. Była to przecudnej krasy dziewica. Król znał dobrze tę Sońkę (tak zwano zdrobniale od imienia Zofji księżniczkę Olszańską) widywał ją, jak bawiła u swej siostry,