Strona:Wincenty Rapacki - Król Husytów.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i odmówił krótką modlitewkę, a król, krom tego, podjął słomkę z nad pieca, gdzie zwykle dlań przygotowane były, przełamał ją na trzy części i rzucał każdą w inną stronę, okręcając się do trzech razy. Czynił to nieznacznie i kto nieświadom był tego królewskiego zabobonu, nic nie dostrzegł. Długosz mówi, że to wziął od matki, Rusinki, bardzo zabobonnej.
Podskarbi i Korybut pożegnali się z królem, został tylko marszałek.
— Z tego, co tu książę Korybut mówił, jakoby słowami Żelaznej Głowy, widać, że sprawy husyckie zaprzątają ludzi. Możemy lada dzień oczekiwać poselstwa z Pragi. Zygmunta odrzucili i obiedwie partye się pogodziły.
— Husyci nam będą swoje śpiewać, a Zygmunt swoje.
— Wiemyć tu co trzymać o Husytach.
— Ja bym przedłożył W. Kr. Mości...
— Dość marszałku. Spać pora. Jutro ksiądz Zbigniew będzie o tem gadał szeroko.
— Zbigniew tylko interesu Kościoła broni...a tu nam idzie o potęgę naszego króla.
— Do jutra, do jutra, panie marszałku.
Marszałek przygryzł wąsa i skłoniwszy się, opuścił komnatę królewską.
We drzwiach już stali: sokolnicy Poleżajko i Dobrogost.
— Rozbierz mnie, Dobrogoście — a ty gadaj!