Strona:Wincenty Rapacki - Król Husytów.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i Litwin podejmuje gościa chętnie, ale niema tego wesela i tej szczerości. Szczególniej Małopolska zachwyciła go niezmiernie.
— To kraina, gdzie zda się wieczyste gody w niej panują. Każdy tu, jakgdyby ubrany odświętnie, a jakie pieśni tu słychać! Tu nawet dziad żebrzący przy drodze prosi wesoło o grosika lub kromkę chleba. A dopieroż dwory panów i szlachty? A co za niewiasty przecudne!
Podskarbiemu i panu z Brzezia serca rosły, aż się spłakali z rozrzewnienia, że ich Małopolskę w takim blasku wystawił. Zjednał też sobie ich serca odrazu. Król z upodobaniem patrzał w młodzieńca i potakiwał mu serdecznie.
— Tobyś ty tu, widzę, rad został z nami?
— Całem sercem, jeżeli mi tylko W. Król. Mość coś do roboty dacie, bo ja próżnować nie lubię.
— Robota dla ciebie tam, pod Witoldem, myśmy już od rycerskich spraw odwykli.
— Potrzeba zawoła, jak mówi Żelazna Głowa.
— A Żelazna Głowa mówi. Komuż on wojnę wypowiedział?
— Powiada, że wypadki tak się złożą.
— Ha! to mądry człowiek. Mamyć takiego ptaszka, coby ją nam rad na kark zwalić. Ale i jemu pomięszają się szyki.
Wstano od stołu. Każdy się przeżegnał