Strona:Wincenty Rapacki - Król Husytów.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ho! Witaj stary.
Starzec się skłonił.
— Znasz go? — rzekł król do Korybuta.
— O, znamy się.
— To dobrze. Poleżajko! Jak moim sokołom?
— W zdrowiu. Czekają rozkazów W. Kr.Mości — rzekł z niskim ukłonem sokolniczy.
— Zapolujemy w sobotę. Dobrogost niech mi przyrządzi na jutro łaźnię. Przywołajcie mistrza Marcina.
Mistrz Marcin już ściskał nogi królewskie.
— Co nam aspekta zwiastują?
— Pomyślności wszelakie.
Obejrzał się jeszcze po dziedzińcu.
Wtem o mury Wawelskie rozległy się głosy udarowanych. Starzec się uśmiechnął i jak gdyby pokraśniał trochę — nareszcie skinął im głową i wszedł szybko na górę do komnaty.
Jest to izba o dwóch oknach w głębokich framugach, z ławkami po obu stronach. Między oknami stoi niska szafa, okuta żelazem, z szufladami. Po jednej stronie wielki komin z okapem, sięgającym do sufitu. Po drugiej łoże królewskie, zasłane skórą niedźwiedzią, a zasłonięte z jednej strony od okien rodzajem parawanu. Przy łóżku wielkie krzesło z baldachimem, rodzaj tronu. W nim król udziela nieraz posłuchania. Przy piecu duży stół,obstawiony