Strona:Wincenty Rapacki - Król Husytów.djvu/50

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nością swoją przyczynił zła krajowi i wyliczą wszystkie ułomności, a skryją cnoty.
Aż do stóp Wawelskiej góry odprowadzono monarchę, pozdrawiając wiwatami, krzyczano jeszcze, kiedy już się schował w murach zamkowych.
Jest to już starzec siedmdziesięcioletni, ale krzepki i żwawy. Wzrostu średniego, chudy, zawiędły, z małą podłużną głową, już łysą, oczy czarne, nieduże, ale pełne życia. Odzywa się basowym głosem i mówi szybko.
Wyskoczył lekko z kolebki, klepiąc po ramieniu marszałka Zbigniewa.
— Dużo mamy gości?
— Prócz księcia Korybuta, dotąd nikogo.
— Gdzież on?
— Jestem do usług W. Kr. Mości.
— Bywaj mi, miły synowcze. Hę? Co? Smutno było tu siedzieć?
— Nie widząc waszego oblicza, było mi bardzo tęskno.
— Cóżeś tam Witoldowi przeskrobał, hę?
Głosy wiwatów jeszcze się odzywały poza murami.
Król zwrócił się do podskarbiego.
— Mój Lubański, uraduj mi tych biedaków.
Podskarbi sięgnął do worka i przez jednego z komorników wysłał uradowanie pospólstwu.
Spostrzegł Żelazną Głowę.