Strona:Wincenty Rapacki - Król Husytów.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nam języku, że jak gdyby za danem hasłem poczęto się go uczyć gwałtownie, a po informacye, po gramatykę udawano się do doktorowej. Od niewiast uczyli się mężczyźni. Na kazania niemieckie do kościołów zaprzestano chodzić. Cały Kraków mówił po czesku. Nastała taka moda. Przepisywano i czytano Flaszkę, romanse rycerskie, wreszcie Husa i Hieronima z Pragi.Hus wywierał potężne wrażenie głębokością swych myśli, jego traktat o Córce przepisywano w tysiącach egzemplarzy. Sentencyj uczono się na pamięć. Nieszczęśliwi kochankowie powtarzali: „Ile kwiatów na polu, tyle boleści w miłości“. Albo: „Ach, biada, że miłość żadnem zielem uleczoną być nie może“. Starzy mówili: „Każdego dnia przybywa złości, a ubywa dobroci“. Nowe horyzonty dla myśli ludzkiej. Scholastycyzm średniowieczny się skurczył i zmalał. Zbigniew i cały kler z przerażeniem patrzyli na ten objaw, któremu już tamy, ani zapory żadnej stawić nie było można. Niektórzy nawet poczęli smakować w tym świeżym, ożywczym powiewie, co go z zachodu niósł duch czasu.
Dzielna niewiasta oddała się swej misyi z całym zapałem młodej duszy. Mistrz Marcin truchlał, ręce załamywał z rozpaczy, bo srogą admonicyę odebrał od Zbigniewa, ale że król patrzał na to pobłażliwie, nabrał znowu otuchy, i już zrezygnował zupełnie, zostawiwszy swej