Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Na co Michał Robartes niezwłocznie odpowiedział:
— Doskonałe złoto wyszło z athanora.
Drzwi się otwarły i znaleźliśmy się w wielkiej okrągłej komnacie pośród mężczyzn i kobiet, tańczących powoli w purpurowych szatach. U stropu była mozajka, przedstawiająca ogromną różę, dokoła zaś na ścianach również w mozajce wyobrażona była walka bogów i aniołów; bogowie lśnili przepychem, jak rubiny i szafiry, a aniołowie odziani byli szaro, ponieważ jak szepnął mi Michał Robartes, zrzekli się swej boskości i z miłości ku Bogu pokory i boleści zaniechali ujawniania swych własnych serc. Strop wsparty był na filarach, tworzących wespół z nim niby okrągłą kaplicę, a każdy filar był utworzony ze splotu skłębionych postaci, jakgdyby bogów wiatru, które unosiły się w wirującym pląsie z nadludzką chyżością, grając na piszczałkach i cymbałach; z pośród tego kłębowiska wydobywały się ręce, w których były kadzielnice. Rozkazano mi, bym również włożył kadzielnicę w jedną z rąk, a potem zajął swe miejsce do tańca. Skoro odwróciłem się od filarów w stronę tańcujących, spostrzegłem, że posadzka była z zielonego kamienia, a pośrodku wyobrażony był Chrystus na bladym krzyżu. Zagadnąłem

215