Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nikały poprostu ze wspomnień i z półmroku kadzidła, gdyż nie chciałem uznać jego przewagi nad dojrzałym obecnie mym umysłem; przeto odezwałem się:
— Przypuśćmy nawet, że potrzeba mi wiary duchowej i jakiejś nabożności, to czemu mam iść do Eleusis, a nie na Kalwarję?
Robartes pochylił się naprzód i począł przemawiać tonem półśpiewnym, a gdy przemawiał, musiałem znów borykać się z ciemnością jakby jakiejś nocy dawniejszej, niż noc pozachodnia, która zaczęła zaćmiewać blask świec, ścierać drobne odbłyski na rogach ram obrazowych i spiżowych posągach oraz niebieski płomień kadzidła przemieniać w ciemną purpurę; natomiast pawie lśniły i migotały, jakgdyby każdy odcień był żyjącą istotą. Zapadłem w głęboką, senną omdlałość, w której słyszałem jego głos, jakby przemawiający zdaleka:
— Dotąd jeszcze nie było człeka, któryby przestawał li z jednem bóstwem, — tak on mówił, — a im więcej człowiek przebywa w sferach wyobraźni i czystych pojęć, tem więcej spotyka bóstw i z niemi rozmawia; tem coraz bardziej przechodzi pod władzę Rolanda, który w dolinie Roncesvalles otrąbił ostatni hejnał woli i rozkoszy cielesnej, i Hamleta, który widział je gi-

195