Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


mniałem sobie, że ponieważ miałem tak mało wymagań i tak mały udział brałem w życiu, weszło w zwyczaj u służby przychodzić i wychodzić, kiedy jej się podobało, iż często całemi godzinami pozostawałem sam w domu. Przeraziła mnie nagle pustka i głusza świata, z którego wypędziłem wszystko oprócz snów, to też zadrżałem, odsuwając zaworę. Ujrzałem przed sobą Michała Robartsa, którego nie widziałem od lat wielu; jego bezładne rude włosy, dziki wzrok, zmysłowe, drżące wargi i prosta odzież nadawały mu, jak przed laty piętnastu, wygląd potrosze hulaki, świętego i wieśniaka. Opowiedział mi, że niedawno przybył do Irlandji i chciał zobaczyć się ze mną w pewnej sprawie, ważnej dla niego i dla mnie. Jego głos uprzytomnił mi nasze lata studenckie w Paryżu, a na wspomnienie magnetycznej władzy, jaką miał niegdyś nademną, przejął mnie pewien lęk zmieszany z wielkiem niezadowoleniem z powodu tych nieproszonych odwiedzin; gdy zaś wprowadziłem go na szerokie schody, po których chadzał ongi Swift, drwinkując i dowcipkując, i Curran opowiadający bajeczki i cytujący Greków wobec umysłów ludzkich, wysubtelnionych i wzbogaconych nowemi prądami w literaturze i sztuce, odczułem dreszcz, jakgdyby u wstępu jakiegoś niebywałego obja-

191