Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


śmiertelnych, lecz nie osiągnąłem cudownej ekstazy. Rozmyślając nad tem, rozsunąłem kotary i spojrzałem w ciemność. W swem skołataniu począłem sobie wyobrażać, że wszystkie te punkciki świetlne, rozsiane po niebie, są piecami niezliczonych boskich alchemików, którzy pracują nieustannie, przemieniając ołów w złoto, udręczenie w zachwycenie, ciała w dusze, ciemność w Boga. Wobec ich doskonałej pracy zaczęła mi ciężyć moja śmiertelność i począłem przyzywać, jak w naszym wieku przyzywało wielu marzycieli i uczonych, chwilę narodzin tej wypracowanej piękności duchowej, która sama jedynie zdoła podnieść dusze obciążone tylu rojeniami.

II.

Marzenia moje przerwało głośne dobijanie się do drzwi, co zdziwiło mnie tem więcej, że nie miewałem gości, a służącym poleciłem czynić wszystko pocichu, żeby nie przerywali snu mego życia wewnętrznego. Przeczuwając coś niezwykłego, postanowiłem sam iść do drzwi i wziąwszy jeden ze srebrnych świeczników z nad kominka, począłem zstępować po schodach. Okazało się, że służących nie było, gdyż pomimo, że hałas docierał w każdą szparę i zakątek domu, w dolnych pokojach nikt się nawet nie poruszył. Przypo-


190