Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wienia. Czułem, że ręce mi się trzęsły i zauważyłem, że blaski świec chwiały się i migotały, więcej niż należy, na postaciach Menad ze starych inkrustacyj francuskich, nadając im kształty istot pierwotnych, powoli wyłaniających się z niekształtnej i pustej pomroczy. Gdy drzwi się zamknęły, a zdobna pawiami kotara, połyskująca niby wielobarwny płomień, zapadła między nami a światem, przeczułem niepojętym sposobem, że zdarzy się coś niezwykłego i nieoczekiwanego. Podszedłem do okapu kominka i zobaczyłem, że mała kadzielnica bronzowa bez łańcuszka, wysadzana od zewnętrznej strony kawałkami porcelany malowanej przez Orazia Fontanę, a napełniona przezemnie starożytnemi amuletami, przewróciła się na bok i wysypała swą zawartość; zacząłem zbierać amulety do czarki, potrochu dla tego, by skupić myśli, a potrochu wskutek nabytego poszanowania, które, jak mi się zdawało, należało się przedmiotom związanym przez tak długi czas z naszemi potajemnemi obawami i nadziejami.
— Widzę, — rzekł Michał Robartes, — że jeszcze lubisz kadzidło. Mogę ci wskazać kadzidło o wiele drogocenniejsze od wszelkich kadzideł, jakie widziałeś w życiu.
Mówiąc to, wyjął mi z ręki kadzielnicę i ułożył amulety na kupkę pomiędzy alembikiem

192