Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szczerzyło doń zęby życie... Szedł przez dzień cały, a na odwieczerzu dotarł do drogi, która wiedzie od Lough Gara aż ku południowemu krańcowi Lough Cay. Tam natknął się na wielką rzeszę kmiotków i gospodarzy, kroczących powoluteńku za dwoma księżmi, oraz gromadką strojnych osobistości, z których kilku dźwigało trumnę. Zatrzymał jakiegoś staruszka, pytając czyj to pogrzeb i kto zacz są ci ludzie, na co odrzekł staruszek:
— Jest to pogrzeb Oony, córki Dermotta, a oto idą Dermotty i Namarowie tudzież ich czeladź; ty zaś jesteś Tumaus Costello, któryś ją zabił.
Costello wyszedł na czoło orszaku żałobnego, mijając ludzi, którzy poglądali nań złowrogiemi oczyma, i ledwo rozumiejąc to, co usłyszał; albowiem stracił teraz świadomość, która jest objawem zdrowego umysłu, i wydawało mu się niepodobieństwem, by taka wcielona łagodność i uroda, która tak długo ożywiła świat, mogła przeminąć. Nagle zatrzymał się i zapytał, kogo to chowają, a jakiś człek odpowiedział:
— Niesiemy Winny, córkę Dermotta, którą tyś zabił, i pochowamy ją na Wyspie Świętej Trójcy, — mówiąc to człek ów schylił się, podniósł kamień z ziemi i cisnął nim w Costella, raniąc go w policzek, aż krew pociekła po twarzy.

177