Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/195

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


telnie zmęczony, a noc przejmująco chłodna, to też udał się do karczemki, położonej na samem wybrzeżu i rzucił się na ławę. Izba była zatłoczona żeglarzami hiszpańskimi i irlandzkimi, którzy dopieroco przemycili ładugę wina i słodowego piwa, a obecnie czekali sprzyjającego wiatru, by odbić od brzegu. Jeden z Hiszpanów poczęstował go napitkiem, przemawiając doń łamanem narzeczem gaelickiem. Wychylił kubek łapczywie i zaczął gwarzyć żywo i bezładnie.
Przez jakie trzy tygodnie dął wiatr przeciwny lub nazbyt gwałtowny, więc okrętnicy zwlekali z wyjazdem, pijąc, gawędząc i grając w karty; Costello pokumał się z nimi, sypiając na ławie karczemnej, oraz pijąc, gawędząc i grając za dwóch. Wkrótce przepił i przegrał drobną sumkę pieniędzy, jaką posiadał, a następnie swego konia, którego ktoś przyprowadził z górskiego parowu, na rzecz pewnego Hiszpana, który odprzedał rumaka jakiemuś gaździe z gór; to samo stało się z długim płaszczem ostrogami i cholewiastemi butami z miękkiej skóry. Nakoniec powiał lekki wiaterek w stronę Hiszpanji; załoga wyległa na statek, nucąc pieśni gaelickie i hiszpańskie, podniesiono kotwicę, a niebawem białe żagle schowały się za widnokręgiem. Wówczas Costello zawrócił ku domowi — i wy-

176