Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Costello szedł dalej, ledwie odczuwając ból, a zbliżywszy się do tych, co wieźli trumnę, wcisnął się pomiędzy nich i kładąc rękę na trumnie, zapytał głośno:
— Kto jest w tej trumnie?
Trzej starsi Dermottowie z Gór Wolich ułapili kamienie i rozkazali otaczającym uczynić to samo; pokrytego ranami spędzono z drogi i z pewnościąby go zabito, gdyby nie przeszkodzili księża.
Gdy tłum przeszedł, Costello znów powlókł się za nim i ujrzał zdaleka, że trumnę złożono na szeroką krypę, zaś ludzie powsiadali do innych łodzi, które zwolna przejechały przez wodę na Wyspę Św. Trójcy. Po pewnym czasie obaczył że czółna powracają, a wysiadający z nich ludzie wstępują pomiędzy tłum na brzegu i wszystko rozprasza się po najrozmaitszych drogach i wertepach. Zdawało mu się, że Winny była gdzieś na wyspie, uśmiechając się słodko, jak dawniej, to też gdy wszyscy się rozeszli, przebył wpław tę drogę, którą niedawno przeorały łodzie, i znalazł świeżą mogiłę koło zwalisk opactwa Świętej Trójcy. Rzucił się na nią, wzywając Oonę, by przyszła do niego. Ponad nim dygotały czworokątne listki bluszczu, a wszędy dokoła niego białe ćmy unosiły się nad białem kwieciem i błogie wonie przesycały zmroczone przestworze.

178