Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i że ma się nieco lepiej lub nieco gorzej — zależnie jak bywało. I chociaż, jak zwykle, doglądał swych koni, kóz i bydła, to jednak rzeczy najpospolitsze i najbardziej błahe, jak kurz na drogach, śpiewy ludzi wracających z odpustów i jarmarków, ludzie grający w karty na polach w niedziele i święta, pogłoski o wojnach i przewrotach na szerokim świecie, jakieś poważne zamiary jego otoczenia — napawały go niewyjaśnionym niepokojem. Lud wsioski jeszcze pamięta, jak to on, gdy noc zapadała, nakazywał dudarzowi Duallachowi przy wtórze trajkotania świerszczyków gędzić sobie o „Synu Jabłka“, „Piękności Świata“, „Królewiczu Irlandji“ lub którąś inną z owych baśni, przechodzących z pokoleń na pokolenia, a stanowiących dorobek pieśniarski dudarzy na równi z „Zielonym pączkiem sitowia“, „Rzeką Unchion“ lub „Książętami Breffeny“... gdy zaś przed jego oczyma wyłaniał się nieuchwytny i wyśniony świat podań, wówczas oddalał się, by pogrążyć się sam na sam w rojeniach o swym smutku.
Duallach często opowiadał mu o tem, jak to jakiś szczep dzikich Irlandczyków wywodzi się od nieporównanego Króla o Pasie Błękitnym albo od Wiciędza z Wiklinnego Szałasu, lub o ten, jak wszyscy cudzoziemcy i większość

168