Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


który człapał naostatku, obrócił się w stronę domu, gdzie stała gromadka Dermottów i Namarów obok znacznie liczniejszej hurmy wieśniaków i zawołał:
— Dermocie! należało ci się, żebyś został takim, jakim jesteś w chwili obecnej: latarnią bez świecy, trzosem bez pieniędzy, trzodą bez runa, boś miał rękę zawsze sknerską dla dudarzy, skrzypków, bajarzy i dziadów-włóczęgów!
Jeszcze nie dokończył, a już trzech Dermottów z Gór Wolich poskoczyło ku swym koniom, a sam stary Dermott chwycił za uzdę mierzyna jednego z Namarów i dalejże nawoływać innych, by szli za nim. Nic obeszłoby się bez wielu razów i krwi przelewu, gdyby wieśniacy nie pochwycili tlejących jeszcze głowni ze zgliszcza sobótki i nie poczęli ciskać ich z głośną wrzawą pomiędzy konie, które jęły, jak jeden, wierzgać i stawać dęba, a niektóre wyrwały się z rąk powściągających je koniuchów; białka ich ślepiów połyskiwały w rozbłyskach świtu.
Przez kilka następnych tygodni Costellowi bynajmniej nie brakło wiadomości o Oonie, gdyż to jakaś babina, sprzedająca jajka i kurczęta, to znowu człek jakowyś czy niewiasta, idąc w pąci do Źródła Skalnego, opowiadali mu, że jego luba rozchorowała się nazajutrz po nocy kupałowej

167