Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pląsy, ma dobre serce — ale i tak ich się boję. Boję się też wysmukłych białoramiennych pań, które zlatują z powietrza i snują się zwolna tędy i owędy, wieńcząc się różami lub liljami i potrząsając splotami włosów, co poruszają się jak żywe — bom ci słyszał jak mówiły jedna do drugiej, a myśli ich przesnuwały się, jużto rozprzestrzeniając się, jużto skupiając się w ich głowach. Mają one liczka piękne i miłe, lecz, Aengusie, synu Forbisa, ja się boję tych wszystkich istot, boję się ludu Sidhe i boję się sztuki, która przyciąga je do nas.
— Co znowu! — rzekł starzec, — więc boisz się dawnych bogów, co orężowi twych pradziadów zjednywali sławę w bitwach, i krasnoludków, co wychodziły nocą z głębiny jezior i śpiewały im na zapieckach pomiędzy świerszczami? A i teraz w naszych ciężkich dniach czuwają one nad powabem ziemi. Lecz muszę ci opowiedzieć, czemu pościłem i trudziłem się wtedy, gdy inni woleliby zapaść w sen należny wiekowi, boć przecie bez twej pomocy to głodowanie i ślęczenie mogłoby się źle skończyć. Gdy oddasz mi tę ostatnią posługę, będziesz mógł odejść, zbudować sobie chałupę, uprawiać pole, pojąć jaką dziewuchę za żonę i zapomnieć o dawnych bóstwach. Uciułałem sobie sporo pieniędzy złotych i srebr-

119