Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nych; dawali mi je hrabiowie, rycerze i giermkowie, bym chronił ich od złego uroku i od miłosnych czarów, rzucanych przez wiedźmy. Dawały je i kochanki hrabiów, rycerzy i giermków, bym nie pozwalał ludkowi Sidhe wysuszać wymion ich trzód i wykradać im masła z masielnic. Składałem sobie to wszystko na czarną godzinę, gdy zakończę już swą pracę, a teraz gdy nadszedł już ów kres, nie zabraknie ci pieniędzy złotych i srebrnych na umocnienie więźby dachu nad chałupą i napełnienie komory i piwnicy. Całe życie strawiłem na dociekaniach celem odkrycia tajemnicy życia. Nie byłem szczęśliwy w młodości, bo wiedziałem, że ona przeminie; nie byłem szczęśliwy w wieku dojrzałym, gdyż wiedziałem, że nadchodzi starość; przeto w młodości, w wieku dojrzałym i starości oddawałem się poszukiwaniom Wielkiej Tajemnicy. Tęskniłem za życiem, którego obfitość zapełniłaby wieki, gardziłem życiem, sięgającem lat osiemdziesięciu. Chciałem być — o nie! nawet chcę! — być jako starożytni bogowie naszej krainy. W młodości w pewnym rękopisie hebrajskim, odnalezionym w jednym z klasztorów hiszpańskich, czytałem, że po przejściu słońca przez znak Barana, a przed przekroczeniem znaku Lwa jest taka chwila, która rozbrzmiewa pieśnią Mocy Nieśmiertelnych, a kto

120