Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Wobec tego — rzekł rycerz — dam po pięć koron za głowę każdego opryszka, zabitego przez nas w potyczce! — i poprosił przywódcę, by mu pokazał drogę.
Ruszyli wszyscy hurmem. Po pewnym czasie wyszli na bitą drogę, skręcającą w las; kierując się wedle niej, podążyli znów dawnym torem i zaczęli wdzierać się na lesiste zbocze górskie. Niebawem drożynka stała się wąska i spadzista, iż rycerz musiał zejść z konia i zostawić go przywiązanego do drzewa. Wiedzieli dobrze, że są na właściwym tropie, gdyż w miękkiej glinie widać było odciski długonosych trzewików i zmieszane z niemi ślady rozciętych ratek prosięcych. Wkrótce droga stała się jeszcze bardziej urwista, a po zakończeniach odciśniętych racic poznano, że rabusie ciągnęli tu prosięta. Raz wraz długa koleina, wyżłobiona w glinie, wskazywała, że w tem miejscu ześliznęło się jedno z prosiąt i zmitrężono nieco czasu na jego wyciąganie.
Szli już tak ze dwadzieścia pacierzy, gdy zmieszany gwar głosów oznajmił im, że natknęli się na rabusiów. Wtem głosy umilkły i wieśniacy zrozumieli, że usłyszano pościg. Jęli przeć naprzód pośpiesznie a ostrożnie i w jakie pięć pacierzy ktoś obaczył skórzany kaftan, nawpół przysłonięty leszczyną. Znienacka świsnęła strzała