Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ale przez ten czas — rzecze rycerz — prosięta będą już zjedzone.
— Kilkunastu ludzi nie zdoła uczynić nic więcej, a byłoby nierozsądkiem, by mieszkańcy całej doliny mieli wyruszać i narażać życie dla dwu, a choćby i dwu tuzinów prosiaków.
— Powiedzcież mi, — rzecze rycerz — czy ów starzec, którego własnością, są te prosięta, jest bogobojny i prawdomówny?
— Jest tak prawdomówny, jak każdy, a pobożniejszy od wszystkich, bo co dnia rano przed śniadaniem odmawia pacierz do któregoś ze świętych.
— Wobec tego dobrze byłoby walczyć w jego sprawie — powiada rycerz — a jeżeli chcecie walczyć z kłusownikami, to ja przyjmę na siebie główne natarcie w potyczce, a wiecie chyba, że człek w zbroi sprosta wielu takim, jak oni, kłusownikom, odzianym w sukno i skóry.
Przywódca zwrócił się do swych towarzyszy i zapytał, czy przyjmują ten układ, lecz oni wyrazili obawę, czy powrócą do swych chat.
— Czy kłusownicy są ludźmi wiarołomnymi i bezbożnymi?
— Są wiarołomni w każdem przedsięwzięciu, — rzekł jeden z wieśniaków — a nikt jeszcze nie widział, by się modlili.

95