Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— O Boska Różo Ognia Wewnętrznego, spraw, niech mi się nakoniec otworzą podwoje twej ciszy!
Nagle o kilkaset kroków dalej w lesie na zboczu górskiem rozległ się głośny kwik. Rycerz zatrzymał konia, nadsłuchując, i posłyszał za sobą tętent kroków i nawoływania.
— Biją je, ażeby weszły na wąską perć wedle przepaści! — rzekł ktoś, a za chwilę kilkunastu włościan, uzbrojonych w krótkie oszczepy, zrównało się z rycerzem. Ujrzawszy go, pozdejmowali niebieskie czapki i stanęli na uboczu.
— Gdzie tak dążycie z oszczepami? — zagadnął rycerz, a jeden z gromadki, który snadź był jej przywódcą, odrzekł:
— Zgraja kłusowników zeszła niedawno ze wzgórz i uprowadziła prosięta, należące do staruszka, co mieszka pod Glen Car Lough, wyruszyliśmy więc, by ich capnąć. Otóż ponieważ wiemy, że są czterykroć liczniejsi od nas, przeto idziemy za nimi, by nie stracić z oczu drogi, którą oni poszli, i natychmiast doniesiemy o całem zajściu panu De Courcey, a jeżeli ów nie udzieli nam pomocy, to panu Fitzgeraldowi — ponieważ De Courcey i Fitzgerald niedawno zawarli pokój i obecnie sami nie wiemy, komu jesteśmy poddani.