Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i ugodziła w kolczugę rycerza, lecz ześliznęła się, nie czyniąc mu szkody; wślad za nią pomknęła chmara strzał, brzęcząc koło uszu, niby wielkie pszczoły.
Chłopstwo ruszyło z kopyta przez górki i wądoły, nacierając na zbójników, którzy już byli wszyscy widoczni, stojąc wśród gąszczy z drgającemi jeszcze łukami w dłoniach; ponieważ bronią wieśniaków były jedynie oszczepy, więc musiało dojść do ręcznego starcia. Rycerz szedł naprzedzie i zwalił z nóg najpierw jednego, potem drugiego z opryszków. Wieśniacy, krzycząc, runęli ławą i gnali łotrzyków przed sobą, aż dostali się na połoninę górską, gdzie ujrzeli oba prosiaki, ryjące spokojnie chudą trawę; obiegli je więc kołem i jęli zapędzać z powrotem na wąską drożynę. Stary rycerz szedł teraz na samym ostatku i obalał zbója jednego za drugim; żaden z wieśniaków nie odniósł poważniejszej rany, gdyż ów wziął na siebie cały napór potyczki, jak można było snadnie wnosić z krwawych pręg na jego zbroicy. Gdy zaś doszli do wylotu wąskiej perci, nakazał im, by zegnali prosięta w dolinę, a on tu zostanie, by osłaniać ich powrót. Na chwilę pozostał sam, a ponieważ był wycieńczony upływem krwi, możeby go tu dokonali kłusownicy, których pobił, gdyby nie to, że wzięli nogi za pas ze strachu i zwiali z oczu.

97