Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kroć wybieram się w podróż, ale nie biorę do ust ani kęsa z niej, póki nie umieram prawie z głodu. Otóż od dwóch dni jeszczem nic nie przełknął.
— Najedz-że się więc — rzekł opat i poszedł ku braciom, by im dopomóc w kopaniu dołu.
Wesołek wyjął z torby bochenek oraz kilka ochłapów zimnej wieprzowiny smażonej i położył to wszystko na ziemi.
— Chcę dać dziesięcinę ubogiemu — odezwał się, odkrawując dziesiątą cząstkę bochenka i wieprzowiny. — Kto z was jest najbiedniejszy?
Podniosła się na to wrzawa nieopisana, gdyż żebracy jęli rozwodzić się na wyprzody nad swą nędzą i dolegliwościami, a żółte ich gęby zakłębiły się, nito Gara Lough, gdy powódź napełni ją dopływami z moczarów.
Przysłuchiwał się przez chwilkę, a potem rzecze:
— Po prawdzie, tom ja tu najbiedniejszy, bo natłukłem się po twardych gościńcach i w zakątkach nadmorskich, a poszarpany kaftan z wypłowiałego sukna na mym grzbiecie i zdarte kończyste trzewiki, które mam na nogach, zawsze mi były uprzykrzeniem, ponieważ pochodzę z warownego miasta, gdzie pełno pięknych szat, które bardzo mnie zachwycały. Zaś najwięcej osamotniony byłem na drogach i nad morzem, gdyż

90