Strona:William Shakespeare - Sonety.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


LXXIV.

Nie martw się przecież: gdy na odwołanie
Już ostateczne pójdę precz z tej ziemi,
Coś z mego życia w tej księdze zostanie,
By się z rysami zespolić twojemi.
Wertując treść jej, ujrzysz swem łaskawem
Okiem, że głównie li ciebie dotyczy:
Proch, proch pochłonie, bo to jego prawem,
Duch mój do twojej należy zdobyczy.
Tak więc z mem ciałem, gdy w dół się zagrzebie,
Tracisz li fusy żywota, łup gadu
Czy morderczego sztyletu: rzecz ciebie
Nazbyt niegodna, zginąć ma bez śladu!
To, co w niem żywie, to li jest ozdobą,
A to zostanie w mej pieśni i z tobą.




LXXV.

Czem chleb dla ciała albo deszcze młode
Dla pól, tem tyś jest dla mej duszy; potem
Tę o twój spokój w wnętrzu walkę wiodę,
Jak między skąpcem bój, a między złotem.
To jestem dumny, że cię mam, to trwogi
Pełen, że wiek mi ten swój skarb zabierze,
To chciałbym z tobą być li sam, to mnogi
Świat niechby widział, jak się cieszę szczerze.
Czasami widok twój mnie całkiem poi,
Czasem za jednem spojrzeniem aż ginę;
I mniej rozkoszy, oprócz z woli twojej,
Niemam i nie chcę mieć w żadną godzinę.
Tak więc dzień za dniem schnę lub w zbytku tonę;
Albo jest nadmiar lub wszystko stracone.