Strona:William Shakespeare - Sonety.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


LXVI.

Znużon tem wszystkiem, pragnę tylko śmierci:
Widzę, jak zasług mieniem kij żebraczy
I jak się nicość napuszona wierci,
I jak i szczerość przysięga inaczej,
I jak niegodnym krzyże dają złote,
I jak zdeptana jest dziewiczość miła,
I jak prawdziwą ukrzywdza się cnotę,
I jak przez słaby rząd kuleje siła,
Jak wobec władzy sztuka mdłą jest w słowie,
I jak nad wiedzą pieczę mają błaźni,
I jak prostactwem prostota się zowie,
Jak dobro więźniem, a zło stróżem kaźni:
Znużon tem wszystkiem, chciałbym odejść w ciemnię,
Jeno że nie chcę, byś został beze mnie.




LXVII.

Ach! Pocóż żyć ma ze zepsutych zgrają,
Uświęcać grzechy obecnością swoją?
Wszakże występki w nim podporę mają
I tym się jego współudziałem stroją.
Przecz on obrazom lichym na wzór służy?
Przecz jego barwa ma być barwą trupią?
Przecz, będąc różą, ma być złudą róży,
Którą mniej piękni chytrze na nim łupią?
Z zbankrutowaną przecz ma żyć naturą,
Co już o ciepłą żebrze krew? On dla niej
Jedyną dziś jest skarbnicą, po którą
Sięga chełpliwie ta zmarniała pani.
Jego się trzyma na dowód dla świata,
Że przecież jeszcze dotąd jest bogata,