Strona:William Shakespeare - Sonety.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


XIV.

O, nie do gwiazd ja po nauki chodzę,
A przecież jestem astronomem, zda się,
Ale nie poto, aby wieścić srodze
O złem czy dobrem, tym czy owym czasie.
Nie przepowiadam, co chwila przyniesie;
Klęski, pioruny, deszcze, gołoledzie,
Ani nie czytam na niebios bezkresie,
Czy się też dobrze książętom powiedzie.
Z twego li oka czerpię wiedzę moją,
W niem, wierna gwiazdo, widzę, że się cnota
I piękność tylko naonczas ostoją
Gdy do odmłodzeń popchnie cię ochota.
W przeciwnym razie z tobą zginą jeszcze
Cnota i piękność — to dzisiaj ci wieszczę.




XV.

Jeśli pomyślę, jak to doskonałość
Trwa tylko krótko we wszystkiem, co żywie,
I że li złudą jest świata wspaniałość,
W gwiazd tajemniczym pogrążona wpływie —
Jeśli rozważę, iż ludzi i zioła
Tłumi to niebo, które je rozplenia,
Że młodość, życia sokami wesoła,
Spada z swych wyżyn na dno zapomnienia —
Gdy tę niestałość mam w myśli, bogata
Młodość twa staje wówczas przed mem okiem,
Patrzącem właśnie, jak Czas i Zatrata
Drą się, by ciemnym ogarnąć cię mrokiem.
I, w walce z Czasem, to, co on ci bierze,
Ja ci utrwalam, miłując cię szczerze.