Strona:Wieś opuszczona.djvu/023

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Przebóg! iakże ich musiał dzień srogi zasmucić,
Gdy im przyszło oyczyste siedliska porzucić;
Gdy po tylu uciechach idąc na wygnanie,
Szli do swych chatek, spoyrzeć ostatni raz na nie;
Zegnać ie, czynić może życzenia daremne,
By za morzem znaleźli mieysca tak przyjemne!
Wzdrygaiąc się podróży strasznemi widoki,
Wracali płakać, ieszcze płacz cofał ich kroki.
Staruszek, oyciec dzieciom pierwszy się nakłonił,
W dalekie płynąc strony, za wszystkich łzy ronił,
On wszystkich do zwiedzenia nowych światów wzywał,
Których sobie po śmierci chyba obiecywał.
Córka iego, ta którey płacz mnoży powaby,
Z którey lubę pociechę miał wiek iego słaby,
Szła milcząc za nim, gardzi nadobnemi wdzięki,
I dla oyca, z kochanka wydarła się ręki.
Głośniey się wynurzaią, narzekania matki,
Ta błogosławi szczęście swey spokoyney chatki,
We łzach całuie dzieci, z niemi się rozczula;
Jak droższy skarb w nieszczęściu, do serca przytula,
Obok mąż tkliwy, pragnie osłodzić iey klęski,
I w milczącey postawie wydaie żal męski.

Zbytki! wy coście w gniewie od nieba zesłane,
O iakże nieszczęśliwę sprawuiecie zmianę,
Jakże nas napawacie radością zwodniczą?
Chcąc nas zgubić, truciznę mieszacie z słodyczą!
Państwo, które wielkością nietrwałą zdobicie,
Pożyczanę potęgę kładzie w swym zaszczycie.
A gdy się rozprzestrzenia coraz z każdey strony,
Tak iak bałwan niezgrabny z nieszczęść utworzony,