Strona:Walery Łoziński - Zaklęty Dwór.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— A wyście żonaci? — zapytał dalej nieznajomy, nie dając się zrazić lakonicznością otrzymywanych odpowiedzi.
— Nie.
— Mieszkacie sam jeden.
Klucznik nic nie odpowiedział. Wjechał w szeroką gęstymi rzędy dzikich kasztanów ociemnioną ulicę, a nagle zakręcił na wąski wygon uboczny.
— Gdzież to zawracacie? — zagadnął nieznajomy.
— Podwiozę pana do Buczał.
— A taż ulica kasztanowa?
— Prowadzi do dworu.
Nieznajomemu strzeliła jakaś myśl nagła.
— Hej, stójcie — zawołał żywo. Wieźcie mię raczej do dworu. Oglądnę to zaklęte miejsce, przenocuję u was, a jutro ze świtem pójdę sobie piechoto do Oparek.
— Pójdź sobie pan, gdzie cię licho poniesie — wybuchnął obcesowo zniecierpliwiony do najwyższego klucznik — tylko odczep się odemnie!
Nieznajomy nabiegł krwią cały, i z impetem chwycił za swą laskę sękatą.
— Ho, ho, bratku — zawołał z zuchwałą, buńdziuczną miną — zaczynacie się gniewać jak widzę.
Kost’ Bulij zmierzył swego towarzysza na pół groźnem, na pół wzgardliwem spojrzeniem, wzruszył ramionami i nic nie odpowiedział.
W tem przypadkowo rzucił na bok okiem, i w je-