Strona:Walery Łoziński - Zaklęty Dwór.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dnej chwili jakaś szczególniejsza zaszła w nim zmiana. Wszystka krew wezbrała mu do głowy, brwi mocniej ściągnął pod czołem, wargi z zaciekłą przygryzł złością, a z oczu groźna wymknęła się błyskawica.
Nieznajomy mimowolnie spojrzał w tę stronę, zapominając z nagłego zdziwienia o swej własnej urazie.
O kilka kroków na przodzie, tuż przy samym gościńcu wznosił się na małym kopcu stary pochylony na pół krzyż drewniany a o niego stał plecyma oparty jakiś człowiek w chłopskim stroju.
Nie wyglądał na żebraka, choć gruba i brudna na nim płótnianka w rozliczne rozstrzępiła się dziury, słomiany okopcony kapelusz był bez dna prawie, a z wydeptanych chodaków bose wyzierały nogi.
Byłto widocznie jeden z nielicznych jeszcze wówczas proletaryuszów wiejskich, co nie mając sami gruntów nie potrzebowali robić pańszczyzny a jeźli uszli poboru wojskowego lub w stałą gdzie nie najęli się służbę, stawali się ciężarem i plagą nietylko wsi własnej, ale i całej nieraz okolicy.
Byłto zresztą nie pierwszej już młodości człowiek; mógł mieć lat blisko czterdzieści a twarz jego dziwnie nieprzyjemny i odrażający nosiła wyraz. Jedno oko zdawało się spoczywać głębiej od drugiego, nos krótki, zadarty u spodu a przypłaszczony w górze miał w sobie coś nieludzkiego, lubo godził się dobrze z niezwykle wystającemi jagodami i spiczastą brodą. Małe, wklęsłe, zielonkowate oczy, włos jaskrawo rudy i tysiąc blizn po ospie uzupełniały całość fizjonomji.
Stojąc oparty o krzyż drewniany, z zagadkowem za-