Strona:Walery Łoziński - Zaklęty Dwór.djvu/33

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

lada czym dał się, jak to mówią, zbić z pantałyku.
— Palicie fajkę? — zagadnął znowu swego woźnicę.
Klucznik potwierdził skinieniem głowy.
— A macie tytoń przy sobie? — ciągnął dalej nieznajomy.
Klucznik zamiast odpowiedzi podał mu kapczuk napełniony.
— To może i fajkę macie nadorędziu?
Klucznik wzruszył ramionami, dobył zza pasa zwykłą glinianą, zwierzchu żółtą blachą pobitą fajkę z krótkim drewnianym cybuszkiem i nie mówiąc ani słowa podał ją swemu towarzyszowi.
— No, jak na klucznika zaklętego czy przeklętego dworu, to z nie najlepszej palicie lulki — wtrącił jeszcze podróżny, który jak widać nie tak łatwo dał się zadowolić, a nałożywszy fajkę jak mógł najsilniej, zażądał jeszcze hubki i krzesiwa.
Klucznik tymczasem coraz żywiej zacinał konie, wóz toczył się szybko po bitym gościńcu a niebawem stanął na zakręcie do prywatnej drogi ubocznej.
Tu jednocześnie jakaś inna zbaczała fura. Był to mały, słomianą plecionką okryty z wierzchu wóz, uprzężony jednym małym pstrokatym koniem, a powożony przez człowieka, którego twarz zasłaniały szerokie kresy kapelusza. Oba wozy mijały się ocierając jeden o drugi. W tej chwili podniósł głowę woźnica jednokonki, a nasz nieznajomy poznał maziarza z ryczychowskiej karczmy. I znowu przysiągłby, że między nim a klucznikiem przeleciał w pośpiechu jakiś nowy tajemny znak porozumienia.