Strona:Walery Łoziński - Zaklęty Dwór.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ho, ho, to i ten maziarz coś zmierza ku Żwirowu — ozwał się wreszcie, dmąc przed siebie spory kłęb dymu.
Klucznik nic nie odpowiedział, tylko rzucił na pytającego spojrzenie, które zdawało się mówić: Milczże raz, jeśli nie chcesz zlecieć z wozu.
Nieznajomy ucichł, ale nie na długo, rozochocony raz język świerzbiał go nad siły.
— A daleko mamy jeszcze przed sobą? — zapytał po chwili.
— Dobrą milę — odparł klucznik krótko.
— Wasz sędzia oczywiście żonaty?
Klucznik przyznał skinieniem głowy.
— A jak się nazywa?
— Bonifacy Gągolewski.
— Gągolewski! Gągolewski! Jakieś gęgające nazwisko? Jego właściciel musi koniecznie mieć coś spólnego z gęsim rodem. A ekonom wasz jak się nazywa?
— Onufry Girgilewicz — odparł klucznik krótko.
Nieznajomy parsknął głośnym śmiechem.
— A to widzę jakaś kolonia gęgotliwych nazwisk. Onufry Girgilewicz, Bonifacy Gągolewski! dobrali się obadwaj, nie ma co mówić. I do któregoż tu z nich zajechać, Girgilewicz tędy, Gągolewski owędy! Wielce czcigodny dobrodzieju i łaskawco, błogosławiony kluczniku przeklętego dworu — ozwał się wreszcie z komiczno poważnym nastrojem — zawieziesz mię do pana Gągolewskiego albo jeszcze lepiej do pani Gągolewskiej, nota bene jeśli warta grzechu.
Niezażegnany niczym dobry humor nieznajomego,