Strona:Walery Łoziński - Zaklęty Dwór.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Klucznik coś niezrozumiale mruknął przez zęby.
Niezbity z toru nieznajomy ciągnął dalej z drwiącą niemal poufałością:
— Otóż, mój szanowny Kostiu Buliju, kluczniku zaklętego dworu, tytułem przyszłej znajomości i przyjaźni musisz podwieźć mię do Żwirowa czyli raczej do tego tam folwarku, jakeś go to nazwał żydzie? — zwrócił się nagle do Organisty.
— Buczały, przypomniał Organista usłużnie.
— A prawda, Buczały! Otóż z łaski swojej odwieziecie mię do Buczał, do ekonoma, do mandatarjusza lub jakiegokolwiek innego czorta, a ten mię już odeszle do dziedzica.
Kost’ Bulij z wielką uwagą wpatrzył się w nieznajomego i nie rzekł ani słowa.
— No jakże?.... — pytał tenże biorąc już swe zawiniątko na plecy.
Klucznik zawahał się czegoś.
— Zkądżeto znacie naszego dziedzica? — zapytał po chwili.
— Ho, ho! Szerokoby o tym mówić — zawołał nieznajomy i rezolutnie pokiwał głową. — Jestem ty a ty z waszym dziedzicem. Kochamy się jak bracia ślubni! Dawniej żaden z nas żyć nie mógł żaden bez drugiego!
Organista spojrzał na wykrzywione buty i krótkie rękawy nieznajomego i jakoś z niedowierzaniem wydął wargi, klucznik wzruszył ramionami i nie rzekł ani słowa.
Podróżny rozochocił się jakoś do wynurzeń.
— Poczciwy Julek, ani mu się śniło że będzie kie-