Strona:Walery Łoziński - Zaklęty Dwór.djvu/30

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ce rarytny człowiek, ale nie ma się czemu dziwić, mówią przecież kto smaruje ten jedzie po świecie, a on musi najlepiej smarować, bo sam sprzedaje smarowidło.
— Szczególna! — mruknął nieznajomy. — Gdybym był powieściopisarzem, musiałbym tu koniecznie znaleźć zawikłanie do powieści.
I znowu ciekawie wpatrzył się w olbrzymiego klucznika. Nagle jakaś myśl strzeliła mu do głowy.
— Hej, Kostiu! — rzekł żywo, zastępując drogę olbrzymowi.
Klucznik Zaklętego Dworu przystanął zdziwiony na miejscu, i chmurnym i groźnym okiem spojrzał na nieznajomego, który ni stąd ni zowąd tak poufale zagadnął go po imieniu.
— Wyście tu wozem? — pytał dalej nieznajomy.
— Albo co? — odciął krótko, a wyprężając się surowo w całej postawie, groził powałę przebić głową.
— Musicie mię wziąć z sobą do Żwirowa!
— Co? jak? — zapytał klucznik tonem człowieka, który nie wie jak w rogu, co chcą od niego.
Nieznajomy wyprostował się i odchrząknął głośno.
— Idę do waszego pana — rzekł z pewnym naciskiem.
Klucznik o krok cofnął się w tył i spojrzał na nieznajomego wzrokiem, który komu innemu niezawodnie poplątałby język w gębie.
— Do kogo? — powtórzył wreszcie.
— Do waszego dziedzica, mówię.
— Do Żwirowa?
— To jest właściwie do Oparek, bo jak mi powiadają, dziedzic nie mieszka w Żwirowie.