Strona:Walery Łoziński - Zaklęty Dwór.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Potrzeba mu zrobić października na powitanie! — ciągnął dalej Czorgut.
— Października, października!! — zakrzyczały wesoło rozliczne głosy.
Październik byłto własny wynalazek Czorguta, a polegał na tem, aby komuś w jak najnieprzyjemniejszy sposób wszystkie włosy zburzyć w górę, a potem kilka razy zaciśniętą pięścią przesunąć mu od brody przez nos do czoła.
Julek miał długie starannie uczesane włosy, to też operacja października miała wielką dla wszystkich ponętę.
— Października! października! — odzywały się ciągle głosy z najdalszych kątów klasy.
Silentium! — upominał na próżno nominalny przestrzegacz porządku szkolnego, tak zwany familias.
Czorgut pochwycił w obie swe szorstkie dłonie jasnowłosą głowę swej ofiary, i w jednym mgnieniu oka w dziwny wprowadził ją nieład, a potem w napomkniony powyżej sposób tak gwałtownie pięścią przesunął mu po twarzy, że biednemu przestraszonemu Julkowi krew puściła się z nosa.
Czorgut nie spostrzegł tego, a lękając się nadejścia profesora, zaczął prędko przygładzać mu włosy.
Lecz w tej chwili profesor ukazał się już we drzwiach.
— Co tu się dzieje? — zapytał surowo.
Cisza nastała jak mak siał.
Stary pedagog powiódł wprawnem okiem po całej szkole i spostrzegł nagle skrwawionego Julka. Nasrożył się, że aż strach przejął siedzących w ostatniej ła-