Strona:Walery Łoziński - Zaklęty Dwór.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Profesor zawołał nagle z katedry:
— Damazy Czorgut!
Adsum! — odpowiedział głośno i śmiało barczysty sąsiad.
— Posadziłem koło ciebie nowo zapisanego Juljusza Żwirskiego, bo widać mu z twarzy, że łagodny i spokojny — prawił profesor poważnie — pamiętajże utrzymywać z nim zgodę, bo pierwsza z twej strony zaczepka, karana będzie z podwójną surowością.
Czorgut wzruszył z lekceważeniem ramionami, potem spojrzał z nietajoną złością na swego sąsiada i mruknął zuchwale.
— Nie miałbym z kim szukać zaczepki ta z nim. Niech sobie siedzi spokojnie, ale proszę pana profesora, najczęściej cicha woda brzegi rwie.
— Milczyć — upomniał profesor surowo — ty na wszystko znajdziesz odpowiedź, ale powiadam ci jeszcze raz, że na pierwszą skargę Żwirskiego, nie będę uważał, żeś eminentysta, ale cię zamknę do karceru, i dam złą notę w obyczajach.
Czorgut usiadł i znowu wzgardliwie ruszył ramionami. A widać było że namotał sobie na nos protekcję profesora. Całą godzinę siedział spokojnie, ale zaledwie profesor w chwili wypoczynku wyszedł ze szkoły, porwał się nagle z miejsca i silną ręką pochwycił za kark nowego sąsiada.
— Co ty chrząszczu masz być fagasem belfera? — huknął mu nad uchem.
Przestraszony tak nagłym napadem Julek, nie miał nawet siły odpowiedzieć.