Strona:Walery Łoziński - Zaklęty Dwór.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

odumarli mię, kiedym był jeszcze w pieluchach, a po dzień dzisiejszy nie przyznał się do mnie żaden krewny. Samo więc przeznaczenie popchnęło mię niejako na drogę awanturniczych przygód. Jestto wprawdzie trochę niebezpieczna droga, ale nie dla człowieka, co choćby chciał, nie może nic innego zaryzykować, jak tylko to nędzne życie, o które nie dba wcale.
Gracchus nic nie odpowiedział i tylko w głębsze jakieś zapadł zamyślenie.
Katilina wzruszył ramionami, pociągnął całą piersią kłąb dymu z dopalającego się sygara i niecierpliwie poruszył się w siedzeniu.
— Zrobiłem swoje, mruknął po chwili — opowiedziałem ci moje dalsze curriculum vitae, a teraz czekam na twoje.
— W samej rzeczy, przyrzekłem ci to, odezwał się z pewnym melancholijnym nastrojem jasnowłosy młodzieniec. — Wiesz, że między nami osobliwsze zachodzi podobieństwo.
— Podobieństwo?! — wykrzyknął Katilina zdziwiony.
— I ja jak ty, jestem sam na świecie!
Katilina wybuchnął głośnym śmiechem.
— Wybornyś mój drogi! Sam jeden przy milionowym majątku! Dla Boga chciej tylko, a w jednem mgnieniu oka otoczy cię grono krewnych, znajomych i przyjaciół liczniejsze, niż całe potomstwo Abrahama.
Gracchus zmarszczył czoło.
— Milionowy majątek, milionowy majątek! otóż to co wszyscy mają na ustach! — zawołał z goryczą — a wieszże, że z tym milionowym majątkiem przybywa