Strona:Walery Łoziński - Zaklęty Dwór.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

dwa miliony nieznanych ci dawniej trosk, cierpień, przykrości, że z tym...
— Stój przez litość — przerwał Katilina. — Nie poznaję, nie pojmuję cię. Jakto, ty, ty utyskujesz na ciężar majątku!
— Dlaczegoż cię to właśnie u mnie dziwi? — zapytał Gracchus z nietajoną niechęcią.
— Ależ zmiłuj się, przypomnij sobie, zkąd przyszedłeś w szkołach do przydomku Gracchusa, największego z rzymskich trybunów.
— Że w naszych rozmowach i dysputach występowałem zawsze jako patron poniżenia, trybun ubogich i upośledzonych...
— A nieubłagany nieprzyjaciel, niezłomny przeciwnik bogactwa, czyli raczej złego użycia bogactw.
— Tym wszystkiem jestem i dzisiaj — zawołał Gracchus z dumą.
— W takim razie nie pojmuję, jakich trosk, cierpień, przykrości może cię nabawiać twoje jakby z nieba spadłe bogactwo. Ciskałeś niegdyś gromy i pioruny na złe używanie bogactw, snułeś najrozmaitsze plany, budowałeś najróżnorodniejsze teorje, jak właściwie należy korzystać z darów losu, toż teraz nie potrzebujesz jak tylko wprowadzać w życie dawne marzenia, urzeczywistniać onegdajsze chęci.
Gracchus z impetem potarł czoło.
— Prawda — zawołał — piorunowałem na bogatych egoistów, nie miałem dość słów zelżywych, dość przekleństw na nieużytych dla dobra publicznego bogaczy, a i dziś z dumą przyznaję się do tego wszystkiego.