Strona:Walery Łoziński - Zaklęty Dwór.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Toteż posłuszny temu dźwiękowi, czmychnąłeś z monasteru? — przerwał śmiejąc się Gracchus.
— Pewnego pięknego poranku dobrałem się do mych sukien dawniejszych i zniknąłem bez śladu i wieści.
— I gdzież uciekłeś?
— Wprost do Przemyśla na plac asenterunku. Zaciągnąłem się do wojska.
— I służyłeś?
— Całe cztery lata. Raz byłem już feldweblem, dwa razy kapralem, ale zawsze po niejakimś czasie musiałem da capo od prostego żołnierza zaczynać moją karjerę — rzekł śmiejąc się rubasznie.
— Jakto, więc trzykrotnej uległeś degradacji?
Omne trinum perfectum! Nie chciałem już po raz czwarty doznać podobnego despektu i postanowiłem opuścić szeregi.
— Dezerterowałeś?! — zawołał Grakchus przestraszony.
— Za kogoż mię masz! Są przecież inne sposoby uwolnienia się od służby.
— Więc uwolniłeś się legalnie?
— Oczywiście. Zachorowałem niby na piersi, dostałem niby okropnej chrypki, żem zaledwie mógł mówić, i przeleżawszy się kilka tygodni w hermansztadzkim szpitalu, otrzymałem nareście abszyt pożądany. I dziś jestem już cywil.
Gracchus zamyślił się czegoś.
— Ubolewasz nad moją niepoprawnością, nieprawdaż? — ozwał się Katilina wesoło. — Daj pokój temu. Wiesz, że jestem sam jeden na świecie, rodzice