Strona:Wacław Sieroszewski - Risztau, Pustelnia w górach - Czukcze.djvu/208

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


na kozaków. Przybyła cała gromada ludzi. Teraz z kolei Stefan i Józef musieli bronić zmiętoszonego Kituwję przed rozjuszonemi Czukczami. Wreszcie zjawił się kozacki pięćdziesiętnik; napastnika związano i poprowadzono do kozy. Tłum szedł za nim i urągał mu.
— Będziesz się miał z pyszna! Będziesz zadowolony... Wsypią ci trzydzieści gorących, że rok nie posiedzisz... Popamiętasz, co z nożem chadzać! A może mielibyście ochotę, renie mordy, wszystkich nas wyrznąć, jak dawniej bywało? Ręce krótkie! Nie te czasy!
Wojownik patrzał na nich z pode łba i ramiona związane wyprężał.
— O co im poszło? — pytali Buzę.
— A kto ich wie! — odpowiedział ten niechętnie. — Pewnikiem popili się.
— Co nie, to nie — zauważył któryś z rybaków. — Stara to u nich z ojców niezgoda, a teraz znowu, powiadają, synowa Otowaki — siostra rodzona Kituwji... Ukradł ją młody Ajmurgin. Dawno było, dzieci już mają, ale te renie mordy, uch, jakie pamiętliwe... Stary pono wykup dobry dawał, godzić się chciał, ale Kituwja nie i nie... Gadają, że się w siostrze kochał, oni nie chrzczone — to często z siostrami żyją, a nawet chrzczone... żyją. Więc chciał Kituwja odebrać kobietę, a przecie na to Otowaka pozwolić nie mógł, bo mu spokoju w tundrze nie daliby...

∗             ∗