Strona:Wacław Sieroszewski - Risztau, Pustelnia w górach - Czukcze.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


fanem nie rozumieli, co dzicy gadają, lecz domyślali się zatargu.
— Lepiej wypij i przyłącz się do nas — rzekł pojednawczo Józef, podchodząc do Kituwji z kieliszkiem w ręku.
Ten napój ręką odtrącił.
— Źle! wódki nie pije — krzyknął po rosyjsku Buza. — Będą się rznąć!... Hej, wynoś się zaraz, ty grubjaninie... od samego pana wódki brać nie chcesz!... Cóż ty sobie myślisz? Coś ty za figura?! Zaraz zawołam kozaków. To tak się zachowujesz w domu szanownego człowieka! Przecież niedawno jadłeś tu i piłeś... Ty psie tundrzany!... Zaraz cię związać każę. Ho, ho! ty ze mną nie żartuj... Wiesz, kto jestem! Zaraz mię wypuść... Pójdę i zawołam straż... A wy go tu zagadajcie — szepnął po cichu do Stefana.
Zwrócił się ku wyjściu, ale cofnął natychmiast, gdyż plecy Kituwji oderwały się od ściany. Dziki całym ciałem podał się naprzód i warga mu drapieżnie zadrżała, obnażając kły białe. Naówczas zawrzało w izbie. Stefan, Buza, Kituwja i kłąb zwalonych na nich Czukczów wtłoczyli się we drzwi, które z trzaskiem się odemknęły. Wpadli do sionki. Stefan leżał piersią na piersiach Kituwji; ten wił się pod nim i starał się rękę przyciśniętą do ziemi wyciągnąć. Ale nie zdążył. Stefanowi udało się schwycić go za gardło; dziki charczał i głową wstrząsał, aż ruchy jego osłabły. Ktoś gwałtownym szarpnięciem rozerwał rzemień na jego szyi, i duży, szeroki nóż z brzękiem w kąt poleciał. Buza na ulicy wołał